Pierwsze wyniki finansowe Star Wars: The Rise of Skywalker

Pierwsze wyniki finansowe Star Wars: The Rise of Skywalker
Pierwszy weekend w kinach dla The Rise of Skywalker się skończył, idealny czas, aby spojrzeć na wynik finansowy Gwiezdnych wojen: Skywalkera. Odrodzenia przed rozpoczęciem świąt Bożego Narodzenia.
W Ameryce nowy film Star Wars swoją premierę miał dopiero w piątek, na arenie międzynarodowej film miał swoją premierę w kinach już w środę. Analitycy mówili o 450 milionach dolarów w weekend otwarcia, a wkrótce dowiesz się, czy prognoza została spełniona. 

Spójrzmy najpierw na konkurencja, która był bardzo silna w przypadku musicalu Koty. Po bardzo przerażającym zwiastunie CGI, Koty nie wydają się być prawdziwym zagrożeniem dla Gwiezdnych wojen w box office, ale trzecia część Jumanji: The Next Level i Kraina Lodu II wciąż są stosunkowo silne w kinach, pomimo malejącej liczby odwiedzających.

Pierwsze czwartkowe seanse najnowszego epizodu Gwiezdnych wojen wytyczyły kurs we właściwym kierunku, a film zarobił około 40 milionów dolarów. Przez cały weekend w Ameryce film zarobił łącznie około 175,5 miliona dolarów. Oto małe porównanie pierwszych weekendów z wynikami z USA:
  • Przebudzenie Mocy: 248 milionów dolarów
  • Łotr 1: 155 milionów dolarów
  • Ostatni Jedi: 220 milionów dolarów
  • Solo: 84 miliony dolarów

Szybko można zauważyć, że Epizod IX w Ameryce został gorzej przyjęty niż Ostatni Jedi. Ale spójrzmy na wyniki na arenie międzynarodowej, ponieważ marka Star Wars w przeszłości bardzo dobrze radziła sobie na arenie międzynarodowej. Łącznie zebrano 198 milionów dolarów z 52 rynków i film był numerem 1 w prawie wszystkich krajach. Oto pięć krajów, w których Epizod IX poradził sobie najlepiej:
  • Anglia: 26,8 mln USD
  • Niemcy: 21,8 mln USD
  • Francja: 15,2 miliona dolarów
  • Japonia: 14,6 mln USD
  • Australia: 12,6 miliona dolarów

Jak widać nasi zachodni sąsiedzi tłumnie wybrali się do kin. W Niemczech 1,71 miliona odwiedzających przybyło do kin w ciągu pięciu dni, co stanowi trzeci najlepszy start filmu w 2019 roku i drugi najlepszy 5-dniowy początek roku za Avengers: Endgame (2,13 miliona osób). Niestety, nie mamy jeszcze danych z Polski.

Najważniejsze jest to, że Epizod IX wygenerował „tylko” 373,5 miliona dolarów całkowitej sprzedaży w box office, co czyni go najsłabszym jak dotąd odcinkiem trylogii sequeli od Disneya. Przypomnijmy, że film Avengers: Endgame (także podsumowanie sagi i zakończenie wielu wątków) w pierwszy weekend zarobił 1,2 mld dolarów (w samych USA 350 mln dolarów). Cóż, liczby mówią same za siebie.

Kilka słów o chińskim box office. Film otworzył się także w Chinach w środę i do tej pory zarobił tam 12,1 miliona dolarów. Konkurencja z czwartą kontynuacją Ip Mana przez Donnie Yen (Łotr 1) była w stanie zebrać 52,3 miliona dolarów, a zaskakujący hit Sheep Without a Shepherd był nadal bardzo silny w drugim tygodniu. Dla porównania, wyniki pozostałych filmów Gwiezdnych wojen w Chinach w pierwszy weekend i ogólnie:
  • Przebudzenie Mocy: 52,3 mln USD (ogółem: 124 mln USD)
  • Łotr 1: 30 milionów USD (ogółem: 69 milionów USD)
  • Ostatni Jedi: 28 milionów $ (ogółem: 42 miliony $)
  • Solo: 10 milionów USD (ogółem: 16 milionów USD)

Najważniejsze jest to, że Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie radzi sobie w kinie dobrze i oczywiście będzie sukcesem dla Disneya i prawdopodobnie także przyczyni się do zarobienia ósmego miliarda dolarów, ale film nie pobił jeszcze żadnych rekordów. Aż do nowego filmu wojennego Sama Mendesa 1917, którego premiera odbędzie się w połowie stycznia, najnowszy Epizod  nie ma konkurencji w kinie i nadal będzie generować miliony dolarów zysku.

Naszą recenzję filmu możecie przeczytać tutaj>>.

Recenzja: Star Wars. Empire Ascendant #1

Recenzja: Star Wars. Empire Ascendant #1
Marvel uraczył nas oneshotem zawierającym aż 4 opowiadania będące epilogiem/wstępem (zależy od punktu widzenia) bohaterów z głównej serii, serii Darth Vader, Doctor Aphra i Target: Vader. Łączy to wszystko jedno miejsce - Hoth.
Pierwsze opowiadanie jest jednocześnie najsłabsze ze wszystkich. Poznajemy tam rodziców Poe Damerona, którzy drążą tunel pod nową bazę na Hoth. Jak można się domyślić, wpadają w kłopoty jak górnicy w kopalni, gdy się tunel zawali. Tak po fakcie to cała historyjka nie służy niczemu, ot są rodzice Poego, którzy zapewne pojawią się w nowej serii, ale poza generycznymi dialogami o Rebelii oraz spotkaniem z Lukiem i Leią nie ma tu nic interesującego. Najgorsze, że napisał to Charles Soule, od którego można się spodziewać czegoś lepszego. Co do grafiki to powiem tylko dwa słowa - Luke Ross. I tyle wystarczy.
Druga historia dotyczy Vadera. A raczej jednego z imperialnych oficerów, który stosuje stalinowską taktykę "byle do przodu i nie zawracać" w misji zniszczenia jednego z rebelianckich dział. Mamy tutaj mini plot twist na końcu, ale jeśli ktoś choć trochę zna charakterek Vadera, to nie będzie zaskoczony. Ogólnie trochę lepsze od historii o Dameronach, ale to wciąż nie to. Graficznie nie można się przyczepić do czegokolwiek, dosyć solidne rysunki, chociaż tła mogły być trochę lepsze.
Trzecia historia to Valance, który dostaje misję eskortowania pewnego gościa posiadającego cenne informacje. Skoro jest Valance, który nie uznaje półśrodków, no to będzie sporo akcji. I rzeczywiście, niemal od razu dostajemy do ubicia pakiet szturmowców i ucieczkę w przestrzeń kosmiczną. A na końcu typową zagrywkę łowcy nagród. Jak ktoś lubi Valance'a, to będzie uradowany. Kadry są przyjemne dla oka, poza twarzami bohaterów, które momentami są zbyt wygładzone.
Ostatnia historia - Aphra. I chodź Aphry osobiście tu nie ma, to jest sporo rozmów na jej temat. Czy była zła, dobra, nijaka czy jaka. Generalnie - wszyscy, którzy się z nią kiedykolwiek zetknęli mają mieszane opinie. I najlepiej całą postać podsumowuje zdanie na końcu - że pozostanie ona gdzieś pośrodku. Grafika momentami wygląda na lekko dziecinną, dosyć dziwnie wyglądają oczy postaci (są dosyć puste i niepokojące).
Aphra i Valance są genialni, Dameronowie i Vader już nie bardzo. Oneshot generalnie na plus, ale nie jest to jakaś genialna pozycja.

Ogólna ocena: 6/10
Fabuła: 7/10
Rysunki: 6/10
Postacie: 6/10

Szczegóły:
Tytuł: Star Wars: Empire Ascendant #1
Autor: Charles Soule, Greg Pak, Ethan Sacks, Simon Spurrier
Rysunki: Luke Ross, Roland Boschi, Paolo Villanelli, Caspar Wijngaard
Wydawnictwo: Marvel Comics
Data premiery: 18 grudnia 2019
Liczba stron: 56
Oprawa: miękka
Cena: 5,99$ / 22,99 PLN

Gdzie kupić:
ATOM Comics

Koncepty i inspiracje w komiksie Star Wars: The Rise of Kylo Ren

Koncepty i inspiracje w komiksie Star Wars: The Rise of Kylo Ren
Z okazji wydania pierwszego numeru komiksu The Rise Of Kylo Ren, grafik Will Sliney i scenarzysta Charles Soule pochylają się nad grafikami koncepcyjnymi i inspiracjami będącymi podwalinami nowej serii. Ostrzegamy jednak, że artykuł może zawierać spoilery odnośnie fabuły poszczególnych numerów komiksu.
Nazywają go Ren, ale nie nazywał się tak od zawsze.

- "Narodził się w płomieniach." - mówi artysta Will Sliney o liderze Rycerzy Ren, który pojawia się na pierwszych początkowych stronach nowego komiksu Star Wars The Rise Of Kylo Ren. Przybywa z pobitewnymi bliznami i nosząc zakrywającą twarz przerażającą, pozbawioną emocji i cech maskę na której jedynym elementem uzupełniającym są wizerunki przypominające żłobienia jakie zostawiły po sobie jakieś pazury. Pod nią kryje się charyzmatyczny lider, dokładna personifikacja osobnika zdolnego do odciągnięcia Bena Solo ze ścieżki Jedi. 


- "Chciałem, by był czarującą wersją postaci Dartha Vadera." - dodaje scenarzysta Charles Soule. - "Jako Vadera z charyzmą i pociągającym sposobie bycia. To właśnie dlatego skóra Rena jest poparzona, pokazuje dokładnie kim jest. Jest odzwierciedleniem uwodzicielstwa i jednoczesnego zniszczenia, jakie niesie ze sobą Ciemna Strona Mocy. Darth Vader był imponujący, okazały i przerażający w tym jaki był i jak wyglądał, ale jednocześnie wydawał się odległy, zimny i zdystansowany przez kostium, który go otaczał. Ren nie ukrywa się za nim. To ktoś taki, z którym używając metafory, poszedłbyś na piwo."

Zaprojektowany specjalnie na potrzeby nowej serii komiksowej, której pierwszy zeszyt jest już dostępny, Ren napędza ewolucję Kylo Rena. - "Cała uwodzicielskość Ciemnej Strony Mocy została zamknięta w jednym bohaterze - Renie, zaprojektowanym specjalnie dla Bena Solo." - dodaje Soule. - "Jest kimś w rodzaju czarującego łotra, którego pisze się bardzo łatwo i bardzo podoba mi się sposób w jaki rozwija się on w serii. Jeśli jednak to Kylo Ren ma przejąć dowództwo  nad Rycerzami Ren, a wiemy, że tak się stanie, musi nastąpić po drodze jakaś przemiana."

Grupa kreatywna wymyśliła kilka niespodzianek dla tego czarującego użytkownika Ciemnej Strony, między innymi tło ukazujące w wielu aspektach to, dlaczego Darth Vader ukrywał siebie we wnętrzu swojego pancerza. - "Oczekujecie pewnie, że gość, który ukrywa swoją twarz pod maską na pewno wygląda źle, że coś z nim nie tak, a zaraz potem patrzysz na jego odkryte, poparzone ciało i podziwiasz to jak wygląda." - wyjaśnia Soule. W drugim zeszycie ujrzymy co skrywa maska, a to ujawnienie przemówi do Bena na każdym możliwym poziomie. 

 - "Kluczem do tego, jak dobrze napisać Bena, był fakt, że pisaliśmy go właśnie jako nastolatka, z całym bagażem emocji i uczuć jakie targają młodych ludzi w tym wieku." - opowiada Soule. - "Ma ciągłe wrażenie, że nikt go nie rozumie, nikt nie postrzega rzeczy takimi jak on je widzi, ani kim jest on sam. Jest całkowicie sam i w całym wszechświecie nie ma nikogo innego. Kiedy więc widzi Rena, to myśli sobie: Zaraz chwileczkę... może jednak w tej galaktyce jest ktoś kto jest podobny do mnie. Może jest jakaś ścieżka dla kogoś takiego jak ja. Spójrz tylko na jego wybory! Mógłbym podjąć dokładnie takie same wybory i być tak samo fajny jak on!"


Tworzenie Snoke'a

W historii jest także miejsce na  reintrodukcję młodszego Snoke'a, pozornie dziecka, ubranego w nic więcej tylko maleńką czapeczkę. Kiedy spotykamy go w tej opowieści po raz pierwszy, przyszły Naczelny Dowódca Najwyższego Porządku, jest zwykłym ogrodnikiem. - "W momencie tworzenia, Snoke jest kimś kto przeciwstawia się pokładanym w nim oczekiwaniom, wcale nie zamierza być Snokiem, którego już znamy." - stwierdza Sliney. - "Jest to o tyle istotne, iż zobaczymy diametralnie różniącą się i zupełnie inną relację Snoke'a i Bena. Dowiadujemy się, że to nie jest ten Snoke, który z taką łatwością udusiłby Mocą Huxa, czy pozamiatałby nim podłogę. Wokół niego rozgrywa się wielka gra, istotne więc było to, że musieliśmy pokazać go zupełnie inaczej."

Zgodnie ze swoją ropiejącą naturą Snoke zamieszkuje miejsce, które na powierzchni wydaje się spokojne i piękne, ale jest przegniłe do korzeni. Ten właśnie scenariusz zachęcił Slineya do szukania artystycznych inspiracji w obserwacjach procesów gnilnych zachodzących w owocach. 
- "Snoke jest kimś kto dokładnie zna zasady gry." - precyzuje Soule, porównując go do Sheeva Palpatine'a, niegdysiejszego senatora z Naboo. - "Gra na podobnych kliszach: jest miłym gościem, który bardzo chce Ci pomóc. Dokładnie tak samo uczynił Palpatine, ale drogą Snoke'a do siły, jego metody kuszenia, przekaz i nauki są, jak sądzę, zupełnie inne od tych, które stosował Palpatine. Jego metody nie polegają na przekupieniu, a raczej na pokazaniu alternatywy dziedzictwa, w tym wypadku przekazywanej Benowi. Razem z Renem, pokazują Benowi alternatywną ścieżkę, a sugestywna filozofia Snoke'a przemawia do zagubionego, rozdartego chłopca. Dzieje się to na tych zasadach znanych z powiedzeń: Wszyscy Ci mówią, że jesteś X, ale może jesteś Y? Co lepiej pasuje do Ciebie? Czy jesteś kimś w rodzaju Obi-Wana Kenobiego, czy może jednak kimś innym?" - mówi scenarzysta. - "Wszystko czego chcesz, to być tym kimś kim naprawdę jesteś, przez nikogo nieprzymuszanym do bycia kimś innym... więc może powinieneś właśnie udać się w miejsce, gdzie będziesz się mógł stać właśnie tym kimś, kim chcesz zostać i być."

Koncepty i mity celtyckie

By móc ożywić te postacie na kartach komiksu, Sliney znalazł porównanie do nich w mitach celtyckich i spróbował odnieść je przeglądając różne prace artystyczne związane z Gwiezdnymi Wojnami. - "Nie sądzę, żebym kiedykolwiek przestudiował tak obszerną ilość materiału, jak na potrzeby tego komiksu." - mówi Sliney. - "Całość z Gwiezdnych Wojen. Wszystkie te książki z grafikami, czy mówimy o tych najnowszych, czy z tymi z klasycznej i prequelowej trylogii. Kocham sztukę i uznałem, że to ważne, by oddać też hołd tym wszystkim pracom jakie powstały przez ten cały czas na potrzeby wszystkich filmów." 
Oczywiście, Ci artyści, również korzystali z już istniejących prac, więc Sliney musiał pogrzebać nieco głębiej. - "By w pełni oddać te uczucia, o które nam chodziło musiałem cofnąć się tak bardzo jak to tylko możliwe." - mówi artysta. - "Musiało to być epickie, musiało od tego bić siłą. Chciałem, by jak najmocniej oddawało swoim charakterem mitologiczne podejście. Postanowiłem sięgnąć po sporą ilość wierzeń celtyckich, datowanych na dziesiątki tysięcy lat przed nami. Te wszystkie opowieści o wojownikach, którzy polegli na wzgórzach... te wszystkie antyczne opowieści, które niosą w swojej treści prawdziwą powagę."

Tymczasem Soule, wyjaśnia jak na jego pisanie miała wpływ saga rodu Skywalkerów, także te fragmenty, które były zachowane na potrzeby filmu Skywalker. Odrodzenie, wówczas w czasie pisania, pozostającego jeszcze w fazie produkcyjnej. Soule cofnął się do momentów, kiedy po raz pierwszy widzimy Kylo Rena na ekranie, zastanawiając się jakie znaczenie może mieć fakt, że Ben Solo spotkał wcześniej, jak był młodszy, Lor San Tekkę. - "Ważne było zacząć badania tego tematu właśnie w tym miejscu, by zobaczyć jakie związki mogą być poczynione, ale również poczuć je, niejako dotknąć." 

Jakby nie patrzeć, więzy krwi Bena Solo czynią go częścią rodziny królewskiej. - "To opowieść o dziedzictwie." - precyzuje Soule. - "To opowieść o rodzinie, oczekiwaniach i o tym, że Ben Solo jest częścią grupy osobników, którzy zmienili galaktykę począwszy od jego matki i ojca, przez jego wujka oraz przybranego wujka Landa, kończąc na Benie Kenobim, po którym odziedziczył imię i jego dziadku, który był Darthem Vaderem. W każdym tym odniesieniu widać, że jest jedną z najważniejszych osób w galaktyce. Jego historia jest historią ich wszystkich i nie możesz opowiedzieć o Benie Solo bez znajomości tego wszystkiego, bez patrzenia na nią szerszą perspektywą i pod każdym kątem."
Źródło: StarWars.com
Tłumaczenie: Lupus

Recenzja: Star Wars The Mandalorian: Chapter 7

Recenzja: Star Wars The Mandalorian: Chapter 7
Tak jak można się było spodziewać na finał pierwszego sezonu Mandalorianina złożą się dwa ostatnie odcinki. W siódmym odcinku powraca zatem kilka znanych już twarzy, a Dyn Jarren musi podjąć ryzykowną decyzję, która zaważy nad jego przyszłością i być może także zielonego uszatka. Ostrzegając przed potencjalnymi spoilerami odnośnie fabuły sprawdzamy jak wypada przedostatni odcinek, któremu dano podtytuł Rozliczenie...
Greef Karga kontaktuje się z Mandalorianinem i prosi go o pomoc w pozbyciu się sił Imperium, które przejęły całkowitą kontrolę nad Nevarro, proponując jednocześnie pójście na układ: puszczenie w niepamięć konfliktu w zamian za "pozorowane" oddanie dziecka, a w rezultacie puszczenia go wolno razem z maleństwem. Jarren zgadza się, ale podejrzewając potencjalną pułapkę postanawia zrekrutować wsparcie. O pomoc prosi Carę Dune oraz Kuiila, który z niechęcią zgadza się, ale zastrzega że weźmie blurggi i naprawionego oraz przeprogramowanego IG-11 ze sobą. Na Nevarro Greef Karga z kilkoma swoimi towarzyszami ustala z ekipą Dyna Jarrena plan uderzenia na miasto pozostające pod kontrolą sił imperialnych. Nocą na ich obóz napadają mynocki, a Karga zostaje ciężko raniony, ale zielony milusiński uzdrawia go przy pomocy Mocy. Poruszony i zaskoczony Karga likwiduje dwóch pozostałych po ataku towarzyszy i zdradza, że tak naprawdę miał zabić Mando i odebrać dziecko, ale w tej sytuacji chce mu pomóc załatwić Imperium i zostać przy pierwotnych założeniach układu. Wpuszczeni do miasta udają się do Klienta, który w trakcie pertraktacji z Kargą, Jarrenem i Dune odbiera ważne holopołączenie z Moffem Gideonem (Giancarlo Esposito), w wyniku którego wywiązuje się strzelanina, po chwili Moff Gideon zjawia się na miejscu osobiście razem ze sporym oddziałem szturmowców. Tymczasem, na polecenie Jarrena, Kuiil ucieka z dzieckiem z powrotem do statku Mando próbując uniknąć złapania przez szturmowców na speederbike'ach, którzy podsłuchali jedną z wymian zdań między Ugnaughtem a Dynem.
Po szóstym odcinku akcja serialu wyraźnie przyspieszyła, a odcinek ponownie był satysfakcjonujący pod względem długości - jak się okazuje pocięcie na odcinki wyszło może nie przypadkowo, ale dość spontanicznie, a w każdym razie tak, by jeszcze mocniej podkreślić dynamikę wydarzeń rozgrywających się w tym sezonie Mandalorianina. Nie było w nim co prawda może efektownych potyczek - może poza atakiem mynocków wyjętym rodem z horroru - ale budowanie napięcia i nadbudowywanie do ostatniego odcinka wypada w nim znakomicie. Najprawdopodobniej ostatecznie też rozwiewa on wątpliwości co do tożsamości tajemniczej postaci z odcinka pod tytułem Wspólnik, choć nie do końca wyjaśnia, co Moff Gideon właściwie robił na Tatooine - a może twórcy serialu mają jeszcze jakiegoś asa w rękawie? A skoro jesteśmy przy asach w rękawach to oczywiście nie zabrakło kilku easter eggów skrzętnie poukrywanych w całym odcinku - także odnoszących się do najnowszej i zarazem ostatniej części głównej sagi kinowej, czyli Skywalker. Odrodzenie (te jednak pominiemy). 
Dowiadujemy się nieco więcej o Carze Dune, która jak się okazuje pod okiem ma wytatuowane insygnia Rebelii, które w przedziwny sposób nie zwracają uwagi Imperialnych tak jak według Kargi ma zwracać tatuaż na ramieniu, który ma zdradzać jej dawną przynależność. Być może jednak wszyscy sądzą, że to zwykły pieprzyk i nie ma sensu - zwłaszcza gdy jesteś zwykłym szturmowcem - się szczegółowo Carze przyglądać? Droid RA-7, znany z pierwszej Gwiazdy Śmierci oraz ze scen w piaskoczołgu Jawów z Tatooine pojawia się jako barman u Klienta. Niezwykłą ciekawostką jest imperialny transportowiec szturmowców, który jak się okazuje jest dość wiernym przeniesieniem na ekran zabawkowego modelu wykonanego w 1979 roku przez firmę Kenner, który nigdy - jak dotychczas - oficjalnie nie pojawił się w żadnym obrazie z serii Gwiezdnych Wojen. Wyjątkowy jest także nowy typ myśliwca TIE (Outland), który nie tylko może lądować jak zwykły statek, ale także ma składane panele skrzydeł i umożliwia samodzielne wyjście pilota. Zmyślne. Powracają też szturmowcy śmierci znani już z Łotra. Na samym początku odcinka na moment pojawiają się także przedstawiciele ras Nikto, Rodian i Trandoshan, Cara Dune walczy z Zabrakiem, a kobieta płacąca po walce Carze ma bardzo podobne tatuaże do tych, które posiadała Asajj Ventress. Sporo się też mówi ustami Kuiila o jego przeszłości, jak również o tym kim jest Dziecko, ale jak wspomniałem ten aspekt pozostawię w zawieszeniu z powodu epizodu dziewiątego.

Odcinek prowadzący do miejsca, w którym tak naprawdę zaczęła się historia, a przynajmniej jej główna oś fabularna wypada bardzo dobrze i intrygująco. Im bliżej końca tego sezonu widać jednak małe sprzeczności, które każą się zastanowić mocniej nad motywacjami i moralnością Dyna Jarrena. Po licznych przejściach i z wiedzą konfliktu jaki wywiązał się między nim a Greefem Kargą powinien podchodzić z większą ostrożnością co do pomysłu powrotu na Nevarro, tym czasem czyni to bez większej refleksji. Niby wie jakie będą tego konsekwencje, ale po ludzku popełnia błąd z którego wydostanie się i naprawienie sytuacji na swoją (i innych współtowarzyszy) korzyść może być trudne i na pewno bolesne. Cieszy w nim jednak z całą pewnością powrót niektórych postaci o których spekulowano od pierwszych odcinków, że staną się częścią ekipy Mandalorianina - niektóre przynajmniej jeszcze na te kilka chwil - i być może odegrają ważną rolę w tej całej układance. Co przyniesie finałowy odcinek sezonu i czy Jarrenowi uda się naprawić błąd jaki popełnił wracając na Nevarro wpadając prosto w ręce Moffa Gideona i jego imperialnych wojsk? Dowiemy się jeszcze w tym roku, ale przyjdzie na to rozwiązanie czekać długie półtora tygodnia - w sam raz, by Ci którzy wybrali się już do kin na Skywalker. Odrodzenie mogli ochłonąć, po tym co można było zobaczyć w ostatnim filmie głównej sagi i osi fabularnej. Oby było tak samo warte jak opłaciło się czekanie na dziewiąty epizod, ale to z kolei już historia na osobną recenzję!

Recenzja: Star Wars. Ostatni Jedi: Podróż Rey

Recenzja: Star Wars. Ostatni Jedi: Podróż Rey

Pod koniec stycznia 2019 roku nakładem wydawnictwa Egmont ukazała się publikacja Star Wars. Ostatni Jedi: Podróż Rey autorstwa Elli Patrick i rysunkami Briana Rooda. Książeczka jest częściowa adaptacją końcówki Przebudzenia Mocy oraz Ostatniego Jedi i ukazuje nam Rey przebywającą na Ahch-To u Luke’a Skywalkera.
Opis:
Galaktyka znów jest w niebezpieczeństwie! Tylko ostatni Jedi, Luke Skywalker, może ocalić Ruch Oporu. Generał Leia powierza więc Rey mapę, która ma jej pomóc w misji: dziewczyna ma odnaleźć Luke’a i przekazać mu wezwanie Lei. Rey liczy też na to, że Luke nauczy ją panować nad Mocą. Czy dziewczynie uda się odnaleźć ostatniego z wielkich Jedi? I co wyniknie z ich spotkania? Wszystkiego dowiesz się z tej książki!

Samego tekstu nie ma zbyt wiele. Opisuje wydarzenia od momentu lotu na Ahch-To z Przebudzenia Mocy do momentu, w którym Luke Skywalker oznajmia Rey, że udzieli jej trzech lekcji. Podróż Rey przeznaczona jest dla dzieciaków zaczynających dopiero przygodę z czytaniem. Czytając o Rey nie zniechęcą się, ponieważ pójdzie im to bardzo sprawnie, książka napisana jest dość prostym językiem i liczy tylko 24 strony i zawiera mnóstwo ilustracji.
Coś, co mnie zachwyciło w tej publikacji to ilustracje Briana Rooda, które są wprost wspaniałe. Wyglądają niemal jak jakieś obrazy!

Podsumowując, jeśli szukasz lektury dla swojej pociechy, która dopiero zaczyna przygodę z czytaniem Podróż Rey będzie dobrym wyborem. Mała ilość tekstu i przepiękne ilustracje na pewno przypadną do gustu osobie, która będzie czytać tę publikację. Warto jeszcze wspomnieć, że w oryginalnym wydaniu dołączone były naklejki, których niestety zabrakło w polskim wydaniu. Szkoda.

Ogólna ocena: 8/10
Fabuła: 9/10

Ilustracje: 10/10
Jakość wydania: 7/10

                  Dziękuję wydawnictwu Egmont Polska za przekazanie egzemplarza do recenzji.

Szczegóły:
Tytuł: Star Wars. Ostatni Jedi: Podróż Rey (Biblioteka Mądrego Dziecka)
Tytuł oryginalny: Star Wars. The Last Jedi: Rey’s Journey (World of Reading Level 2)
Autor: Ella Patrick
Tłumaczenie: Agnieszka Modzelewska
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data premiery: 30 stycznia 2019
Liczba stron: 24
Oprawa: twarda
Cena: 16,99 PLN

Gdzie kupić:

Recenzja: Star Wars Adventures #27-29: Journey to Star Wars: The Rise of Skywalker

Recenzja: Star Wars Adventures #27-29: Journey to Star Wars: The Rise of Skywalker
Ostatnia pozycja w ramach serii Journey to Rise of Skywalker, tym razem skupiająca się na postaci Chewbacci. Co można wymyślić dla naszego drogiego futrzaka?
Jak zawsze seria Adventures składa się z dwóch historii. Główna opowiada o naszym futrzaku, który z wiernym porgiem i grupką żołnierzy z Ruchu Oporu stara się odbić Kashyyyk z rąk Najwyższego Porządku. Dużo filozofii tu nie ma, co stronę Chewie w stylu wietcongu pozbywa się kolejnych szturmowców, czasem z gościnnym udziałem porga. Pojawia się także niejaki Beaumont Kin, którego w filmie grał Dominic Monaghan, aczkolwiek robi tu głównie za tło.
Druga historia opowiada o Threepio, R2 i BB-8, którzy ruszają na misję szpiegowską. Co może tam pójść nie tak? Bardzo dużo rzeczy. I szczerze powiedziawszy, ta historia jest momentami tak nijaka, że nie bardzo można tutaj cokolwiek powiedzieć. No, może poza Duroską hakerką, ale to i tak stereotypowa postać...
Grafika u Chewiego jest typowa dla serii, standard. Za to u droidów dla odmiany zastosowano stylizację ze starego serialu Droids. Głównie u Threepio, bo to on jest tutaj charakterystyczny, u R2 nie czuć różnicy. Gorzej z postaciami ludzkimi, które dosyć słabo wyglądają...

Historię z droidami można sobie odpuścić, Chewiego w sumie też, chyba że ktoś bardzo chce się przygotować do seansu Epizodu IX (wskazówka: nie ma po co).

Ogólna ocena: 6/10
Fabuła: 6/10
Rysunki: 7/10
Postacie: 6/10

Szczegóły:
Tytuł: Star Wars Adventures #27-29: Journey to Star Wars: The Rise of Skywalker
Autor: John Barber, Michael Moreci
Rysunki: Derek Charm, Tony Fleecs
Wydawnictwo: IDW Publishing
Data premiery: 30 października - 18 grudnia 2019
Liczba stron: 86
Oprawa: miękka

Recenzja: Star Wars Rebels: Ezra's Gamble - Ryder Windham

Recenzja: Star Wars Rebels: Ezra's Gamble - Ryder Windham
Star Wars Rebels: Ezra’s Gamble to pierwsza powieść młodzieżowa, która towarzyszyła nowemu wtedy serialowi animowanemu Star Wars: Rebelianci. Książka została napisana przez Rydera Windhama, który był bardzo aktywny w obszarze Legend. Ezras Spiel, bo tak brzmi niemiecki tytuł, czyli Gra Ezry została wydana 5 sierpnia 2014 roku przez Disney-Lucasfilm Press. Tłumaczenie Dominika Kuhna zostało opublikowane 14 października 2014 roku przez Panini. W Polsce książka nie ujrzy światła dziennego.
Opis dostarczony przez wydawnictwo:
Czternastoletni Ezra Bridger żyje sam na planecie Lothal na Zewnętrznych Rubieżach. Utrzymuje się na powierzchni, wykonując dziwne prace i namiętnie lubi drażnić szturmowców. Ale w tak zwanym Dniu Areny - nieustannej rywalizacji, w której przerażające bestie walczą o zwycięstwo i która przyciąga wszelkiego rodzaju podejrzane postacie - Ezra łączy siły z łowcą nagród Bosskiem. Rezultatem jest przygoda wysokiego ryzyka, w której Ezra musi poradzić sobie z przeważającą siłą Imperium - i musi zdać sobie sprawę, że ścieżka samotnika nie zawsze jest najlepsza, jeśli chce się przetrwać.
Oficjalny prequel animowanego serialu telewizyjnego!

Akcja książki rozpoczyna się na krótko przed wydarzeniami z filmu pilotażowego Star Wars. Rebelianci: Iskra Rebelii, a tym samym ma miejsce w roku 5 BBY. Na okładce widać dwóch bohaterów Ezrę i trandoshańskiego łowcę nagród Bosska, którego znamy już z Epizodu V: Imperium kontratakuje i Wojen klonów (a także niektórych książek, które obecnie należą do Legend), w których wraz z innymi łowcami nagród, takimi jak Boba Fett i Aurra Sing wystąpił w kilku odcinkach. Na pocżatlu mamy spis treści z tytułami dziesięciu rozdziałów, z taką praktyką (spis treści i tytuły rozdziałów) mamy do czynienia bardzo rzadko w przypadku książek Star Wars. Same tytuły rozdziałów jednak tak naprawdę nie dostarczają informacji o samej fabule, która zaczyna się od tytułowego bohatera Ezry, który sprzedaje bilety na mniej lub bardziej nielegalne walki gladiatorów. Spotyka przy tym starą przyjaciółkę z dzieciństwa, która przeprowadza się z rodziną do babci.

Nieco później łowca nagród Bossk przybywa na Lothal. Okazuje się w rozmowie, że IBB w tej powieści, w przeciwieństwie do serialu, pozostaje imperialnym biurem bezpieczeństwa, a nie imperialnym organem bezpieczeństwa. Windham również korzysta z innych dobrze znanych elementów z Legend, które dzięki tej młodzieżówce znów są kanoniczne. Na przykład frachtowiec Bosska nadal nazywa się Hound’s Tooth i jest lekkim frachtowcem YV-666.

Nie pojawią się gościnie wybitni bohaterowie, tylko Imperator Palpatine i dwaj imperialni oficerowie, którzy dali się nabrać na sztuczkę Ezry w filmie pilotażowym, są krótko wspomniani, ale nie mają własnego występu w Grze Ezry.

Gra Ezry opiera się w stylu Rebeliantów całkowicie na klasycznej trylogii, na której oparte są niektóre sceny, a zwłaszcza cytaty. Przede wszystkim słynne Mam naprawdę złe przeczucia.

Gra Ezry dobrze nadaje się dla początkujących czytelników w przestrzeni Kanonu. W Stanach Zjednoczonych książka została opublikowana na długo przed filmem pilotażowym, więc działa bardzo dobrze bez niej. Teraz, gdy znamy już zakończenie serialu, Ezra’s Gamble będzie miłym uzupełnieniem historii Ezry Bridgera, chłopaka, który pomógł uratować Lothal z rąk Imperium.

Gra Ezry autorstwa Rydera Windhama otrzymuje ode mnie ocenę 7 na 10 za wyrafinowaną historię z dobrym „zakończeniem” i płynnym przejściem do filmu pilotażowego, świetnym tłumaczeniem i dobrym stylem pisania. Brakuje tylko długości. Trochę więcej opisów i budowy krajobrazu nie zaszkodziłoby.

Ogólna ocena: 7/10
Fabuła: 6/10
Postacie: 6/10
Jakość wydania: 9/10

Dziękuję wydawnictwu Panini Verlags GmbH za przekazanie egzemplarza recenzenckiego.
Ich danke Panini Verlags GmbH für die freundliche Bereitstellung des Rezensionsexemplars.

Szczegóły:
Tytuł: Star Wars. Rebelianci: Gra Ezry
Tytuł niemiecki: Star Wars. Rebels: Ezras Spiel
Tytuł oryginalny: Star Wars. Rebels: Ezra’s Gamble
Autor: Ryder Windham
Tłumaczenie: Dominik Kuhn
Wydawnictwo: Panini Verlags GmbH
Data premiery: 14 października 2014
Liczba stron: 176
Oprawa: miękka
Cena: 6,99 € / 34,10 PLN (wersja angielska)

Gdzie kupić:
BOOKCITY (wersja angielska)

Recenzja: Star Wars: Skywalker. Odrodzenie (The Rise of Skywalker)

Recenzja: Star Wars: Skywalker. Odrodzenie (The Rise of Skywalker)
Niektórzy fani przeżyli trzy wielkie finały sagi, inni dwa, a dla niektórych był to zapewne pierwszy. Ja, jako fan z ponad dwudziestoletnim stażem doskonale pamiętam wyprawę do kina na epicki finał trylogii prequeli, czyli Zemstę Sithów, który wówczas zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jako wówczas szesnastolatek nie spodziewałem się, że za kolejne piętnaście lat znów będę oglądał finałowy odcinek Gwiezdnych Wojen, a przynajmniej  głównej osi fabularnej, czyli sagi Skywalkerów właśnie na sali kinowej. Wielu z nas powie: udało się, dożyliśmy. Czy warto było czekać i wreszcie czy dobrze się stało, że trylogia sequeli w ogóle powstała? Ostrzegając przed potencjalnymi spoilerami odnośnie fabuły, zwłaszcza tymi, których się nie da uniknąć, spróbuję odpowiedzieć na te pytania.
W powstanie tej trylogii nikt nie wierzył, nie planował, a sam twórca czyli George Lucas po skończeniu prequeli jednoznacznie powiedział, że to już koniec. Aż wydarzyło się to, czego nikt nie przewidywał: Lucas sprzedał swoją franczyzę wytwórni Disneya, która od razu ogłosiła, że zabierze się za nową trylogię. Niezadowolenie z kasacji (czy też raczej przesunięcia) starego Rozszerzonego Wrzechświata do miana Legend i ustanowienie nowego kanonu dla wielu fanów nadal bierze górę nad faktem, że dzięki temu prawdopodobnie żyjemy w najpiękniejszym okresie dla przygód z odległej galaktyki. Już dawno się pogodziłem z tym, że nie zobaczę na ekranie Zahnowskiej trylogii Thrawna albo Yuuzhan Vongów. Pogodziłem się z tym, że nowy kanon książkowy jest póki co dość oszczędny w historie, ale jednocześnie zachowuje bardzo równy poziom, czego nie można było powiedzieć o dzisiejszych Legendach z którymi bywało różnie. Pierwszy z nowych filmów, czyli Przebudzenie Mocy nie był i nie jest filmem idealnym, zwłaszcza jeśli postrzegać go wyłącznie jako podrasowaną wersję Nowej Nadziei, ale moim zdaniem i tak niezłym. Po nim zobaczyliśmy naprawdę dobry pierwszy spin-off, czyli Łotra 1, który zgrabnie dopowiadał co wydarzyło się pomiędzy Zemstą Sithów, a Nową Nadzieją właśnie, a przy tym był świetnie zrealizowany i pokazywał potencjał leżący we franczyzie przejętej przez Disneya. Ósmy epizod, czyli Ostatni Jedi mocno podzielił fanów i wcale mnie to nie dziwi, nawet dla mnie nie jest to ulubiony film z odległej galaktyki, bo jest to film po prostu zły, ale trzeba przyznać, że niektóre sceny i rozwiązania robiły wrażenie, nawet jeśli znów dostaliśmy przekalkowaną wersję Imperium Kontratakuje. Zaskakująco dobry okazał się bardzo niedoceniony drugi spin-off, czyli Han Solo, który pojawił się za szybko i do tego nie rokował licznymi problemami przy produkcji. Rezultat jednak moim zdaniem wyszedł bardzo satysfakcjonująco i obok Łotra to mój ulubiony obraz z nowych filmów. Wreszcie, doczekałem, czy też może raczej doczekaliśmy finału, czyli epizodu dziewiątego. Podobnie jak we wszystkich wcześniejszych przypadkach Disneyowskich filmów zdania będą, a wręcz już są, mocno podzielone. Jedni wieszają przysłowiowe psy, a inni są zachwyceni. Nie będę ukrywał - należę do tych drugich.


Nie, nie jest to film doskonały. Cierpi na swoje głupotki, rozwiązania fabularne wynikające bezpośrednio z Przebudzenia Mocy i przede wszystkim z Ostatniego Jedi, ale też będące pokłosiem tego, co wydarzyło się pomiędzy w czasie produkcji ostatniego jak na razie filmu kinowego z Gwiezdnych Wojen, a na pewno będącego częścią głównej historii. Mam tu na myśli nie tylko rozrastający się pod względem materiałów nowy kanon, inkorporujący także elementy dobrze znane z obecnych Legend, ale również pojawienie się pierwszego aktorskiego serialu, czyli Mandalorianina czy niespodziewaną śmierć Carrie Fisher, odtwórczyni roli Lei Organy, trzy lata temu, krótko po premierze części ósmej. Jej postać oczywiście pojawia się w najnowszej odsłonie sagi i jest jej całkiem sporo jak na fakt, że wykorzystano głównie ujęcia nakręcone, a niewykorzystane wcześniej i które zostały zmyślnie zaadaptowane na potrzeby scenariusza Skywalker. Odrodzenie. Oczywiście, na tym etapie, a może nawet nigdy, nie dowiemy się, które sceny faktycznie istniały wcześniej, a które zostały odpowiednio zmodyfikowane, by pasowały do nowego filmu lub dograne nowymi technologiami. Całkiem też bowiem możliwe, że częściowo Leię jednak zagrał komputerowy fantom, tak jak miało to miejsce w Łotrze, bo pojawia się przecież scena retrospekcji (w tym więc wypadku nie ma wątpliwości co do cyfrowego odmłodzenia aktorki lub nałożenia jej młodszej wersji na inną aktorkę). W samej historii zaś są dziury, a Skywalker. Odrodzenie, podobnie jak dwie wcześniejsze części trylogii, jest de facto taką jakby nową wersją Powrotu Jedi połączonej dodatkowo z Zemstą Sithów. Jest to jednak przepisanie zrobione z szacunkiem i mniejszą dozą zwykłego przerabiania wątków. Wreszcie mówi się nieco więcej o sytuacji w galaktyce po Powrocie Jedi, dowiadujemy się kim jest Rey i dlaczego jej związek z Benem Solo/Kylo Renem jest tak silny i istotny, akcja w przeciwieństwie do Ostatniego Jedi zmierza do konkretnego celu, scenariusz nie sprawia wrażenia posklejanego z różnych nie pasujących do siebie elementów, ani nie jest nadmiernie rozciągnięty oraz całkiem umiejętnie stara się naprawić bałagan jaki pozostawił po sobie Rian Johnson. Konsekwentnie rozwiązuje większość najważniejszych wątpliwości i tak jak zapowiadano łączy ze sobą wszystkie trzy trylogie kończąc, czy też raczej wieńcząc historię rodu Skywalkerów. 

Skywalker.Odrodzenie jest z całą pewnością fenomenalnie nakręcony pod względem wizualnym i efektów specjalnych. Od czasu Przebudzenia Mocy coraz śmielej eksperymentowano w Disneyu z obrazem, co szczególnie dobrze było widać na przykładzie Łotra i Hana Solo, czego efekty widać choćby w genialnych zdjęciach ogromnej armady gwiezdnych niszczycieli Imperatora Palpatine'a ukrytymi nad planetą Exegol czy podczas kapitalnego pojedynku na miecze świetlne między jeszcze Kylo Renem a Rey na szczątkach drugiej Gwiazdy Śmierci, które jako żywo przypominały walkę Obi-Wana Kenobiego z Anakinem Skywalkerem na Mustafar z Zemsty Sithów - z tą różnicą, że zamiast gorącej lawy mieliśmy zapewne lodowate morze i sztorm. Fantastycznie Abrams wykorzystał też tutaj wprowadzony przez Johnsona motyw więzi między Kylem a Rey wykorzystując ją nie tylko do pojedynku na miecze świetlne, ale także w finałowej, mrocznej i bardzo niepokojącej rozgrywce z Palpatinem. Dobrą decyzją okazało się także przesunięcie większości nowych postaci do wsparcia głównego duetu filmu czyli Daisy Ridley (Rey) i Adama Drivera (Kylo/Ben) po obu stronach barykady - nawet uwielbiany przez niektórych fanów (czego dowodem są liczne fanfiki) Hux został zdegradowany do postaci mało ważnej, choć w pewnym momencie niezwykle istotnej dla pierwszego plot twistu z początku filmu, by następnie zostać skutecznie odsuniętym. Nie oznacza to jednak, że Poe Dameron czy Finn są mniej ważni, bo uczestniczą w poszukiwaniu urządzenia naprowadzającego na ukrytą planetę Exegol, ale prawdziwą perełką w tej układance jest C-3PO (niezastąpiony Anthony Daniels), który zgodnie z niepisaną zasadą, że roboty kradną całe filmy, dostaje tym razem ważniejszą rolę i wywiązuje się z nią popisowo swoimi żartami, nieporadnością, wreszcie zaskakującą jak na niego stanowczością i konsekwencjami misji z jego udziałem. Cieszy powrót Billy'ego Dee Williamsa do roli Landa Calrissiana, który kapitalnie odnalazł się po latach w roli podstarzałego, ale ciągle barwnego przemytnika. Cieszy też powrót Iana McDiarmida do roli Palpatine'a, który jest jeszcze bardziej nieprzewidywalny i demoniczny niż był w Zemście Sithów i Powrocie Jedi razem wziętych. Aktorsko, udowadniając wielki talent i ogromny, konsekwentnie budowany w innych filmach (nie tylko Gwiezdnowojennych) potencjał, najbardziej jednak podobał mi się Adam Driver. W tej części wyraźnie widać, że to całe rozchwianie emocjonalne postaci Kylo Rena było celowe. Gniewny młodzieniec staje się tutaj postacią prawdziwie tragiczną, naznaczoną przeznaczeniem ukartowanym na długo przed jego narodzinami, a powrót na Jasną Stronę Mocy przedstawiony przez Drivera jest dużo bardziej wiarygodny aniżeli przemiana Anakina Skywalkera w Dartha Vadera w Zemście Sithów.


Podsumowując, w wyłącznie mojej ocenie, Skywalker. Odrodzenie jest filmem bardzo udanym i zdecydowanie najlepszym w nowej trylogii oraz jednym z lepszych w całej franczyzie. To film, dla którego wreszcie znaleziono pomysł, aktorzy poczuli się pewnie, a opowieść naprawdę potrafi zaangażować, choćby nawet samymi wizualiami. Wreszcie, to obraz spójnie i przekonująco łączący ze sobą obie wcześniejsze trylogie pod względem fabularnym. Owszem, jak wskazałem na początku, jest on naznaczony błędami wynikającymi z części siódmej i ósmej, popełniający kilka własnych, ale czyniący to z szacunkiem do oryginału, w sposób epicki i godny. Z rozczarowań przychodzi mi na myśl niepotrzebna i niewykorzystana aktorsko postać Generała Pryde'a (Richard E. Grant, który był przecież stworzony do zagrania Thrawna, a zagrał pojawiającego się znikąd sługę Imperium od samego jego początku) oraz trochę nijaka ścieżka dźwiękowa Mistrza Johna Williamsa, który co prawda fantastycznie podsumował partyturą wątki - szczególnie wykorzystując muzykę z oryginalnej i sequelowej trylogii i nieźle kończąc swoją wieloletnią przygodę z Gwiezdnymi Wojnami, ale o tym będzie można napisać nawet osobny tekst - to jednak według mnie mało wad w obliczu prawie idealnego zwieńczenia ponad czterdziestoletniej historii. Wyszedłem z kina usatysfakcjonowany, choć może nie z takim uśmiechem jak po Zemście Sithów. Dorosłem, obejrzałem więcej i to nie tylko blockbusterów i nawet wielki finał dotychczasowych faz Marvela czyli Avengers: Endgame, wywołał u mnie większe wrażenie i emocje, ale dziewiąty epizod Gwiezdnych Wojen to kawał nie tylko znakomitego rzemiosła, ale także czysto rozrywkowego, porządnego kina.

Recenzja: Star Wars. Doctor Aphra Vol. 6: Unspeakable Rebel Superweapon

Recenzja: Star Wars. Doctor Aphra Vol. 6: Unspeakable Rebel Superweapon
Przedostatni arc Aphry cierpi na wszystkie bolączki tej serii (powtarzalne wątki, non stop te same postacie i problemy). Szkopuł w tym, że dalej czyta się to jako tako dobrze. I to pomimo przewrotnego tytułu.
Tytuł jest mylący, bo sama broń nie jest tutaj głównym wątkiem. Tradycyjnie bowiem główną sprawą są problemy osobowościowe Aphry i jej relacje ze wszystkimi dookoła (głównie z trzema osobami - standardowo z Tolvan, dziewczyną, która pojawiła się w poprzednim arcu oraz... z własną matką poprzez ukazanie tego we wspomnieniach). Sama broń jednak jakąś rolę pełni (dosyć durną fabularnie, ale w tej serii wszystko jest możliwe). O relacjach Aphry z Tolvan nie ma co się za bardzo rozpisywać, bo to standardowa relacja love-hate. O wiele ciekawsza jest relacja z Vulaadą, wobec której Aphra pełni rolę matki i mentora, przy czym robi to na swój sposób, który momentami zahacza o lekką patologię. Przynajmniej to jest coś nowego, a nie przerobione na milion sposobów rozterki miłosne. Fabuła rozkręca się tak naprawdę dopiero w ostatnich dwóch zeszytach, przy czym ostatni jest przykładem geniuszu Aphry albo niekompetencji autorów, którzy nie bardzo wiedzieli jak zakończyć wątek. Sytuacja bowiem przedstawiona jest przedstawiona tak nagle, że sam się zastanawiam, kiedy to się tak naprawdę zaczęło.
Tradycyjnie już zmieniamy rysownika co arc. Tym razem Aphra ma prawilne azjatyckie rysy, co się chwali. Do tego sama kreska jest lekka i przyjemna w odbiorze. Miło byłoby zobaczyć rysownika w kolejnych historiach, co raczej nie nastąpi...

Ten arc to świetna ilustracja relacji Aphry i Tolvan - można nienawidzić za powtarzalność, a jednak ma to coś, co nie pozwala oderwać wzroku. Chociaż serio, zmiany by się przydały...

Ogólna ocena: 7/10
Fabuła: 7/10
Rysunki: 8/10
Postacie: 7/10

Szczegóły:
Tytuł: Star Wars. Doctor Aphra Vol. 6: Unspeakable Rebel Superweapon
Autor: Simon Spurrier
Rysunki: Wilton Santos, Caspar Wijngaard
Wydawnictwo: Marvel Comics
Data premiery: 10 grudnia 2019
Liczba stron: 120
Oprawa: miękka
Cena: 17,99 USD

Recenzja: Star Wars The Mandalorian: Chapter 6

Recenzja: Star Wars The Mandalorian: Chapter 6
Czasami nie warto wracać do starych znajomych. Zwłaszcza takich, którzy choć czule Cię wspominają, to jednocześnie śmieją się Ci w twarz i szukają pretekstu żeby przy okazji spotkania zrobić psikusa, takiego przysłowiowego pstryczka w nos. Często się jednak okazuje, że Ci sami znajomi zapominają kim jesteś i że nie dajesz sobą pomiatać. Ostrzegając przed potencjalnymi spoilerami dotyczącymi fabuły, sprawdzamy jak wypada szósty odcinek Mandalorianina  pod tytułem Więzień.
Dyn Jarren kontaktuje się z jednym ze swoich byłych wspólników Ranzarem "Ran" Malkiem w celu zdobycia szybkiej roboty. Ten wita go na swojej stacji z otwartymi ramionami i oznajmia, że akurat ma robótkę na pięć osób i potrzebny będzie jego statek. W skład ekipy, oprócz niego ma wchodzić były imperialny strzelec wyborowy Mayfeld (Bill Burr)*, Devaroniański siłacz Burg (Clancy Brown, który podkładał też głos Savage Opressa w Wojnach Klonów i Ryderowi Azadi w Rebeliantach, a także wystąpił w serialu... Star Trek Enterprise), droid-pilot Q9-0 nazywany przez wszystkich Zero (głos Richarda Ayoade'a, znanego z serialu IT Crowd) i Twi'lekianka Xi'an (Natalia Tena, znana z roli Tonx w serii filmów o Harrym Potterze). Ich zadaniem ma być odbicie więźnia z transportowca więziennego Nowej Republiki, którym okazuje się być brat Xi'an, Qin (Ismael Cruz Cordova). Infiltrując więzienny transportowiec walczą z różnego typu droidami strażniczymi i dostają się do pokoju kontrolnego, w którym wbrew zapewnień o wyłącznie robotycznej załodze trafiają na oficera Nowej Republiki, który zostaje zabity przez Xi'an. Oficer zdoła uruchomić system alarmowy, z którego Mando później skorzysta. Grupa uderzeniowa odnajduje celę Xina, ratuje go, a następnie zdradza Jarrena zamykając go w celi zamiast Twi'leka. Mandalorianinowi udaje się jednak z niej wydostać i po kolei wytropić towarzyszy. Tymczasem Q9-0 natrafia na przekaz Greefa Kargi i znajduje zielonego brzdąca, który postanawia pobawić się z robotem w chowanego. Droid zostaje jednakże zastrzelony przez Manda zanim ten zrobi krzywdę maleństwu. Dyn udaje się następnie z Xinem do Rana i odbiera zapłatę. Malk każe za nim wysłać myśliwiec, by ten go zestrzelił, po czym obaj odkrywają, że Mando podłożył im nadajnik Nowej Republiki. Trzy X-skrzydłowce wychodzą z nadświetlnej chwilę przed skokiem Razor's Cresta i niszczą stację kosmiczną. Na końcu okazuje się, że Jarren oszczędził Mayfelda, Burga i Xi'an zamykając ich w celi transportowca Nowej Republiki.

Szósty odcinek ponownie mocniej skupił się na profesji łowcy nagród. Skok na transportowiec więzienny wielu fanom zapewne podniesie ciśnienie, ale w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu, bo wyraźne są tu odniesienia do niekanoniczej już słynnej gry Knights of the Old Republic, gdzie podobnych potyczek z droidami i skradania się po wnętrzach statków lub baz wszakże nie brakowało. Ponownie postawiono na gęsty i mroczny klimat całości, mocno podkreślono charaktery poszczególnych najemników. Najmocniej błyszczy tutaj postać droida Zero, co potwierdza regułę, że roboty są najlepiej pisanymi postaciami Gwiezdnych Wojen oraz fantastyczna Natalia Tena w roli Twi'lekiańskiej zabójczyni Xi'an. Na szczęście tym razem nie wszystkie te postacie giną, więc jest szansa, że jeśli wydostaną się z transportowca lub więzienia Nowej Republiki to nie tylko spotkamy ich ponownie, ale także będą chcieli się na Jarrenie zemścić. Dowiedzieliśmy się też co nieco o przeszłości Mandalorianina: okazuje się bowiem, że przed Gildią pracował jako najemnik u Rana, miał romans z Xi'an oraz, że ma szczególny awers do robotów. Zielonego maleństwa tym razem z kolei także było nieco mniej i tylko jako mały przerywnik wstawiono z nim drobne sceny zabawy w chowanego. Ponownie też wykonanie stało na bardzo wysokim poziomie, co szczególnie widać było w bardzo pomysłowych sekwencjach walki i mistrzowskim budowaniu napięcia, tak pomiędzy poszczególnymi postaciami, jak i układaniu sekwencji.
Podobnie jak w przypadku wcześniejszych odcinków nie brakowało easter eggów, z czego jeden - jak już wspomniałem - wyraźnie odnosił się moim zdaniem do KOTORa. Ponadto, wprawne oko zauważy także insygnia Nowej Republiki, czyli pomarańczowego (żółtego?) ptaka podobnego do tego, który używała Rebelia. Inne growe odniesienie to wspomnienie o Alzoc III, która pojawiała się w Star Wars Galaxies i The Old Republic (to także pierwsze kanoniczne wspomnienie tej lodowej planety usytuowanej na Zewnętrznych Rubieżach). Trójka pilotów X-skrzydłowców, choć w odcinku nie poznajemy ich imion to z kolei kolejno: Trapper Wolf, Jib Dodger i Sash Kettet, w których postacie wcielili się reżyserzy serialu czyli (w kolejności imion postaci) Dave Filoni, Rick Famuyiwa (również reżyser szóstego odcinka) oraz Deborah Chow. Mayfeld podkreśla, że jest imperialnym strzelcem wyborowym, ale nigdy nie był szturmowcem, co ma odnosić się także do stwierdzenia Kenobiego w Nowej nadziei o "strzałach zbyt precyzyjnych dla szturmowców". W celach transportowca Nowej Republiki również można zaobserwować kilka ciekawostek, jak choćby Ardenianina czyli innego przedstawiciela gatunku do którego należał Rio Durant z Hana Solo. Śmieszkuje się  także z Gunganów, insynuując, że może Mando to tak naprawdę Gunganin, który boi się pokazać swoją prawdziwą twarz z powodu przynależności do tej rasy. Aktor grający oficera Nowej Republiki Davana to z kolei Matt Lanter, który w Wojnach Klonów podkładał głos pod Anakina Skywalkera. Droid Q9-0 wygląda bardzo podobnie do jednego z droidów spotkanych przez C-3PO i R2-D2 w piaskoczołgu. Z kolei typ droidów wartowniczych patrolujących korytarze transportowca wykazują podobieństwa do modelu 4D-M1N znanego ze stacji Colossus, którą można było zobaczyć w Ruchu Oporu.

Więzień, czyli szósty odcinek Mandalorianina podobał mi się znacznie bardziej od poprzedniego. Działo się w nim więcej, ciekawiej zostały napisane nowe postacie, a do tego poznaliśmy kilka szczegółów z życia Dyna Jarrena. Odcinek trzymał także w napięciu i pokazał więcej ze świata łowców nagród, płatnych zabójców i wszelakiej maści szumowin. Swoją konstrukcją bardzo przypominał mi to, co zawarto w legendarnych Opowieściach łowców nagród i fantastycznie pokazywał jak ogromny potencjał tkwi w luźnych historiach pokazujących półświatek, moralnie wątpliwych bohaterów i trudną profesję łowców nagród. Znakomicie, podobnie jak w Hanie Solo został tu także rozegrany koncept motywu włamania i nie obraziłbym się na więcej takich sytuacji na ekranie, czy to w serialu czy w filmie, osadzonych w świecie Gwiezdnych wojen. Do końca pierwszego sezonu Mandalorianina zostały jeszcze dwa odcinki, co oznacza że finał będzie musiał być równie emocjonujący i obfitujący w wydarzenia, ale tym razem bardziej rozwijające wątek zielonego malucha, który podobnie jak w piątym odcinku nie był najważniejszy i znów nie kradł serialu, choć każde jego pojawienie się u mnie nadal wywołuje całkowite rozczulenie.


* Co jednocześnie obaliło jedną z teorii o tajemniczym łowcy z końcówki piątego odcinka. Wszystko wskazuje też więc na to, że najprawdopodobniej będzie to jednak postać Moffa Gideona. Jak jednak będzie przekonamy się w dwóch ostatnich, nadchodzących odcinkach tego sezonu. Najbliższy - siódmy - wyjątkowo w środę 18 grudnia (!). Ósmy i zarazem finałowy będzie miał premierę w piątek 27 grudnia.



Recenzje poprzednich odcinków serialu:
  1. The Mandalorian - Chapter 1
  2. The Mandalorian - Chapter 2
  3. The Mandalorian - Chapter 3
  4. The Mandalorian - Chapter 4
  5. The Mandalorian - Chapter 5

Recenzja: Star Wars. The Rise of Kylo Ren #1

Recenzja: Star Wars. The Rise of Kylo Ren #1
Obok samego Epizodu IX to chyba najbardziej oczekiwana publikacja gwiezdnowojenna. Oto bowiem odsłonięta ma zostać tajemnica, jak Ben Solo stał się Kylo Renem. Więcej na temat całej serii przeczytacie w artykule Twórcy komiksu The Rise of Kylo Ren o przemianie Bena Solo>>.
Na dzień dobry dostajemy... samych Rycerzy Ren ze swoim przywódcą (jeszcze nie Kylo), którzy mają dosyć oryginalne metody rekrutacji oraz filozofię. Akcja następnie przenosi się do Bena, który jest świadkiem spalenia świątyni Luke'a. Jakby jeszcze mało miał kłopotów to na miejsce przybywa trzech uczniów Skywalkera, których akurat nie było na miejscu zdarzenia i widząc co się dzieje, obwiniają Bena o całe zajście. A sam Solo im nie pomaga, bo facet ma wybitnie wybujałe ego. Powołuje się na pochodzenie od Skywalkerów i własne umiejętności. No, trzeba przyznać, że albo Snoke już mu wtedy namieszał w głowie albo Solo i tak prędzej czy później byłby złoczyńcą. Co do samego Snoke'a - pojawia się w dosyć dziwnej scenerii, która nie do końca mi odpowiada. No i standardowo - pierwszy zeszyt to wprowadzenie do reszty historii.
Grafika jest świetna. Ben jak nic wygląda jak odmłodzony Adam Driver, na sceny z płonącą świątynią można patrzeć i patrzeć, a pojawiające się postacie wyglądają całkiem naturalnie (jak na warunki komiksowe).

Zapowiada się wyśmienicie. Intrygujące są zwłaszcza wątek Rycerzy Ren i jak to naprawdę było ze zniszczeniem świątyni Luke'a. Bo komiks sugeruje coś zupełnie innego niż dotychczasowa wersja...

Ogólna ocena: 9/10
Fabuła: 9/10
Rysunki: 9/10
Postacie: 9/10

Szczegóły:
Tytuł: Star Wars. The Rise of Kylo Ren #1
Autor: Charles Soule
Rysunki: Will Sliney
Wydawnictwo: Marvel Comics
Data premiery: 18 grudnia 2019
Liczba stron: 40
Oprawa: miękka
Cena: 4,99 USD /18,99 PLN

Gdzie kupić:
ATOM Comics
Copyright © 2016 Świat Star Wars , Blogger